Jawność zaczyna się od drzwi – felieton

Czy na komisję rady gminy można wejść bez zaproszenia? Czy trzeba podawać swoje dane i tłumaczyć cel obecności? W praktyce wciąż pojawiają się sytuacje, które pokazują, jak bardzo przepisy różnią się od rzeczywistości.

Kiedy myślę o jawności działania samorządu, nie widzę wyłącznie sesji, głosowań i uchwał publikowanych w Biuletynie Informacji Publicznej. Widzę przede wszystkim proces — rozmowy, spory, argumenty, które padają zanim zapadnie decyzja. A ten proces w dużej mierze odbywa się na posiedzeniach komisji rady gminy. To tam często rozstrzygają się najważniejsze kwestie, zanim trafią na sesję.

Dlatego od dawna powtarzam, że jeśli chcemy mówić o realnej jawności, nie możemy zatrzymać się na sesjach. Jawność zaczyna się wcześniej. Zaczyna się od drzwi do sali, w której obraduje komisja.

Piszę ten tekst także dlatego, że temat ten wracał do mnie przez miesiące w rozmowach z mieszkańcami Piaseczna. Bardzo często słyszałam pytania: „jak ty wchodzisz na komisje?”, „czy trzeba mieć zaproszenie?”, „czy można tak po prostu przyjść?”. Te pytania zawsze mnie zatrzymywały, bo pokazywały, jak silnie utrwaliło się przekonanie, że dostęp do komisji jest w jakiś sposób regulowany — że nie trzeba mieć zgody, zaproszenia, uzasadnieniać swojej obecności.

Odpowiadałam wtedy zawsze tak samo: nie, nie trzeba. Komisje są jawne. Z czasem jednak okazało się, że to, co wynika wprost z przepisów, nie zawsze pokrywa to się z praktyką.

Rok temu, przed posiedzeniem Komisji Ochrony Środowiska i Dziedzictwa Kulturowego w Piasecznie, zapytałam Przewodniczącą, dzień wcześniej, o plan posiedzenia i zakres omawianych tematów. Chciałam wiedzieć, czego będzie dotyczyć komisja, przygotować się merytorycznie i świadomie uczestniczyć w jej przebiegu — dokładnie tak, jak robi to każdy zaangażowany mieszkaniec.

Następnego dnia przyszłam na komisję jako obserwatorka. Nie zabierałam głosu, nie zakłócałam obrad.Jako lokalna aktywistka byłam osobą znaną z działalności społecznej. Radna prowadząca komisję doskonale wiedziała, kim jestem, chociaż dla samego uczestniczenia w komisji nie ma to znaczenia. A mimo to zostałam poproszona o podanie swojej tożsamości oraz wskazanie miejsca zamieszkania oraz podpisanie listy obecności.

W tym momencie teoria zderzyła się z praktyką. Dokładnie wydarzyło się to, o co wcześniej pytali mieszkańcy. Ta sytuacja nie była dla mnie wyłącznie osobistym doświadczeniem. Była potwierdzeniem, że problem istnieje realnie. Że to nie jest kwestia pojedynczych nieporozumień, lecz utrwalonych praktyk, które funkcjonują w wielu miejscach. Dlatego zdecydowałam się złożyć skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Złożyłam ją w interesie publicznym — nie po to, by rozliczać konkretną osobę, ale takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Że wymagają nazwania i zmiany.


Przekaż 1,5% podatku Watchdogowi!

Wystarczy, że wpiszesz nasz numer KRS 0000181348 w swoim rozliczeniu podatkowym.


Rzecznik Praw Obywatelskich po przeanalizowaniu sprawy nie pozostawił wątpliwości. W swoim wystąpieniu wskazał, że żądanie podania danych osobowych przez osobę jedynie obserwującą obrady nie miało podstawy prawnej. Podkreślił również, że źródłem takiego działania była utrwalona praktyka, a nie obowiązujące przepisy.

To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie.

Czasami w samorządzie przez lata narastają zwyczaje, które zaczynają funkcjonować jak niepisane reguły. Tymczasem organy władzy publicznej — zgodnie z art. 7 Konstytucji — działają na podstawie i w granicach prawa, a nie na podstawie przyzwyczajeń.

Rzecznik wskazał także na naruszenie art. 51 ust. 1 Konstytucji, który stanowi, że nikt nie może być zobowiązany do ujawniania informacji o sobie bez podstawy ustawowej. Odwołał się również do prawa do prywatności chronionego przez art. 47 Konstytucji. Co istotne, podkreślił, że nawet subiektywna ocena zachowania uczestnika posiedzenia nie uzasadnia ingerencji w jego prywatność.

To ważne, bo pokazuje, że nie mówimy wyłącznie o organizacji obrad, lecz o prawach obywatelskich.

A przypomnieć należy, że posiedzenia komisji rady gminy są jawne. Wynika to z art. 11b ust. 2 ustawy o samorządzie gminnym oraz z konstytucyjnego prawa do informacji o działalności organów władzy publicznej. Mieszkaniec ma prawo wejść na komisję bez zaproszenia, bez wcześniejszej zapowiedzi i bez konieczności tłumaczenia swojej obecności. Nie jest gościem. Jest częścią wspólnoty samorządowej.

A jednak w praktyce wciąż bardzo często spotykamy sytuacje, w których mieszkańcy są pytani o cel obecności, proszeni o podanie danych, zobowiązani do podpisywania list. Te działania bywają tłumaczone organizacją pracy albo „porządkiem obrad”, ale w rzeczywistości nie mają podstawy prawnej. Tworzą natomiast barierę. Pokazują mieszkańcowi, że jego obecność wymaga uzasadnienia. Że musi się wytłumaczyć z tego, że chce obserwować działania władzy publicznej. To odwrócenie logiki, na której opiera się samorząd. Mieszkańcy nie przychodzą „do urzędu” jako petenci. To organy gminy działają w ich imieniu.

Jeżeli chodzi o komisje to ważna jest też kwestia, jak rozumiemy dostępność informacji o działaniach radny i jej komisji. Sama możliwość wejścia na komisję to za mało. Posiedzenia odbywają się często w godzinach pracy, a wielu mieszkańców nie ma fizycznej możliwości w nich uczestniczyć.

Dlatego uważam, że w tym kontekście kluczowe jest nagrywanie i udostępnianie posiedzeń komisji. Jawność musi być realna, a nie tylko formalna. Nagrania pozwalają zobaczyć proces podejmowania decyzji, a nie tylko jego efekt. Pokazują argumenty, przebieg dyskusji, sposób prowadzenia obrad. Zwiększają przejrzystość i ograniczają ryzyko nieporozumień.

Ale mają też jeszcze jedną funkcję. Wprowadzają standard, w którym obecność mieszkańca przestaje być czymś „nadzwyczajnym”, a staje się naturalnym elementem życia publicznego.

Właśnie dlatego tak ważne jest, aby komisje rady były nagrywane i udostępniane. Nie jako gest dobrej woli, lecz jako konsekwencja zasady jawności. Bo jawność to dziś nie tylko możliwość wejścia na salę. To także możliwość zobaczenia, co się na niej wydarzyło.

Wracając do sytuacji, która mnie spotkała, nie traktuję jej jako zamkniętej sprawy z przeszłości. Traktuję ją jako ważną lekcję i punkt odniesienia. Pokazała mi rozbieżność między przepisami a praktyką. Pokazała też, jak istotne jest reagowanie — nie tylko dla siebie, ale dla innych.

Celem złożenia skargi było nie tylko zwrócenie uwagi na konkretną sytuację, ale także pokazanie mieszkańcom, że mają prawo być obecni. Że nie muszą się tłumaczyć. Że mogą przyjść, usiąść i obserwować.

A osobom pełniącym funkcje publiczne — przypomnienie, że ich rola polega na działaniu w granicach prawa, a nie na tworzeniu dodatkowych warunków dostępu do jawnego życia publicznego. Bo jawność nie zaczyna się w momencie publikacji uchwały. Jawność zaczyna się od drzwi.I od tego, czy każdy mieszkaniec może przez nie przejść bez pytania: „czy wolno?”.

*Agnieszka Krzaczek – aktywna obywatelka, redaktorka naczelna lokalnego medium strażniczego PiasecznoBezMaski.pl, członkini wspierająca Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska oraz członkini Kogutorium. Od lat konsekwentnie działa na rzecz jawności monitorując pracę samorządu i aktywnie korzystając z prawa do informacji. Inicjatorka działań edukacyjnych i społecznych, promujących świadome uczestnictwo mieszkańców w życiu lokalnym oraz realną kontrolę władzy.

Zachęcamy do zapoznania się z naszymi materiałami o posiedzeniach komisji:

Podoba Ci się ten artykuł? Wesprzyj nasze działania darowizną.

Komentarze

Dodaj komentarz

Przed wysłaniem komentarza przeczytaj "Zasady dodawania i publikowania komentarzy".

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *